Dr Wanda Błeńska – Poznanianka Stulecia. Opowiada Marta Jelonek

Dr Wanda Błeńska – Poznanianka Stulecia. Opowiada Marta Jelonek

Mija miesiąc od przyznania dr Wandzie Błeńskiej (1911-2014) tytułu „Poznanianki Stulecia”. Często powtarzała, że od dziecka miała dwa marzenia. Pierwsze – żeby zostać lekarzem. Drugie – żeby pojechać na misję. 43 lata swojego życia spędziła w Ugandzie, gdzie zajmowała się leczeniem trędowatych. O życiu na misji, związku z Poznaniem i wyjątkowej osobowości pani dr Błeńskiej rozmawiałam z Martą Jelonek (Pawelec) – autorką książki „Wanda Błeńska. Spełnione życie” (wyd. Święty Wojciech).

***

Jak i kiedy poznałaś panią doktor Wandę Błeńską?

Spotkałyśmy się w lutym 2008 roku. To było moje pierwsze spotkanie z Akademickim Kołem Misjologicznym w Centrum Misyjnym w Poznaniu. Pani Doktor przyszła jako zaproszony gość. W tym samym Kole działała przed II Wojną Światową, później została jego Członkiem Honorowym oraz Patronem. To było bardzo piękne spotkanie i dla mnie początek przygody z Kołem, która toczy się w pewnym sensie do dziś. Pani Doktor opowiadała o swojej misji w Ugandzie. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie poprzez swoją skromność, autentyczność, poprzez swój uśmiech.

Co było dalej?

Dwa lata później dostałyśmy z koleżankami z AKMu ciekawą propozycję. Przewodnik Katolicki chciał opublikować wywiad z Panią Doktor z okazji Światowej Niedzieli Osób Trędowatych – zawsze w ostatnią niedzielę stycznia. Wywiad nie skończył się na kilku stronach Przewodnika, ale rozmawiałyśmy dalej. Pojawił się pomysł na książkę, wywiad-rzekę.

Zadzwoniłyście do pani Wandy, przyszłyście bezpośrednio? Jak to się stało, że pierwszy raz weszłyście do jej domu?

Z tego co pamiętam, to najpierw Asia i Ewelina, w październiku 2010 roku, zaniosły Pani Doktor zaproszenie na tydzień misyjny. To było pierwsze zetknięcie z tą rzeczywistością domową, rodzinną. Potem to już płynęło. Takiej otwartości jaką miała doktor Wanda Błeńska u nikogo nie znałam. Ona była osobą, która każdego traktowała jak swojego bliskiego znajomego. Szłyśmy tam zupełnie obce, a witała nas, jakbyśmy znały się od dawna. Widziałyśmy to wielokrotnie. Nigdy nie robiła różnic pomiędzy ludźmi, wszyscy byli dla niej tymi, do których mogła się uśmiechnąć, podejść, przywitać, porozmawiać. Taki miała charyzmat.

Pamiętasz Wasze ostatnie spotkanie?

Pamiętam bardzo dobrze. Było to w święto bł. Karoliny Kózkówny, 18 listopada 2014 roku, na 10 dni przed śmiercią. Już od dłuższego czasu Pani Doktor była bardzo słaba, miała wtedy 103 lata. Leżała w łóżku, gdy przyszłam. Mało mówiłyśmy. Przyniosłam książeczkę z różnymi historiami z życia Karoliny Kózkówny. Zapytałam czy chciałaby posłuchać. Powiedziała, że tak. Wtedy zapytałam czy woli te bardziej pogodne historie, czy te trudniejsze – życiorys Karoliny jest przecież ostatecznie życiorysem męczeńskim. Pani Doktor wybrała te pogodne. Przeczytałam więc kilka historii. Nie czułam wtedy, że to nasze ostatnie spotkanie, natomiast dzisiaj wydaje mi się, że ona to wiedziała. Kiedy wychodziłam, patrzyła na mnie z tego łóżka, tak jakby chciała powiedzieć: “to dziękuję, to do widzenia…”. Dopiero po śmierci zdałam sobie sprawę z tego, że Pani Doktor, pewnym gestem,dała mi bardzo osobiście znać, że to miało być nasze ostatnie spotkanie – na ziemi…

Okładka książki

Zakładam, że wywiad będą czytały osoby, które nie słyszały jeszcze o dr Wandzie Błeńskiej. Opowiedz proszę o jej życiu w Poznaniu, o jej życiu w Ugandzie…

Mam właśnie taką nadzieję, że będą to czytały osoby, które jeszcze jej nie poznały. Pani Doktor była osobą wyjątkową. A ta wyjątkowość była bardzo…normalna. Popatrzmy przez pryzmat wszystkich nagród, które otrzymała, łącznie z tytułem Doktora Honoris Causa – z odznaczeniami międzynarodowymi, papieskimi i wieloma innymi. Z wszystkich nagród najbardziej wspominała Order Uśmiechu od dzieci. Myślę więc, że jej wielkość polegała na skromności.

Jak wyglądała droga życia do momentu wyjazdu na misję?

Powtarzała, że od dziecka miała dwa marzenia. Pierwsze to takie, żeby zostać lekarzem. Drugie – żeby pojechać na misje. Podjęła wiele działań, by te marzenia spełnić. Urodziła się w 1911 roku, czyli krótko przed I wojną światową. Studia medyczne zaczęła nie mając ukończonych 17 lat! Na pierwszym roku studiów wstąpiła do Akademickiego Koła Misyjnego, wysyłała paczki na misję, a później redagowała Annales Missiologicae i jeździła na kongresy misyjne. Po uzyskaniu dyplomu lekarskiego nie skończyła nauki. Podjęła pracę w szpitalach – w Toruniu i Gdyni. W czasie II Wojny Światowej pracowała w laboratorium w Toruniu i działała jako komendantka w „Gryfie Pomorskim”. Pomagała rannym, chorym, także swojemu bratu, który bardzo ciężko zachorował. Po okupacji podejmowała kolejne kursy medycyny tropikalnej – w Niemczech, a potem w Anglii. Szkoliła się, by być jak najlepszym specjalistą, by jak najlepiej pomagać. Do Ugandy wyjechała mając 39 lat. Tam uczyła się dalej – przede wszystkim w praktyce, ale i czytając kolejne książki oraz uczestnicząc w zjazdach leprologów na całym świecie. Pani Doktor była więc bardzo cierpliwa w realizowaniu swoich marzeń. Zawsze nam powtarzała, że jeśli mamy jakieś marzenia, to nie rezygnujmy z nich. Jeśli to są dobre marzenia, trzeba je pielęgnować!

Co się działo w Ugandzie?

Dzień zaczynała od Eucharystii. Modliła się za swoich podopiecznych. Potem szła albo jechała do pacjentów, było ich bardzo wielu. Pracowała w szpitalu w Bulubie, skąd na motorze, na swoim “piki-piki” jechała do Nijangi, około 60 km.

Sama?

Tak, tak, tam miała swoje przychodnie zdrowia. To była misja Sióstr Franciszkanek. Jak Pani Doktor przyjechała, to okazało się, że jest potrzebne leprozorium- miejsce dla chorych na trąd. Opowiadała, że to było dla niej ogromne wyzwanie, była jedynym lekarzem. Przyjeżdżali też pacjenci z buszu, bardzo ubodzy ludzie. Tak ubodzy, że np. byli przywożeni przez swoich krewnych, wielu kilometrów, na taczce. Pani Doktor szkoliła też personel medyczny wśród Ugandyjczyków. Jeździła w różne miejsca, by przekazywać wiedzę, przygotowywać ich do leczenia. Pracowała w laboratorium. Miała cieplarki własnoręcznie zrobione ze skrzynek wypchanych watą i badała tam prątki trądu. Sprawdzała wycinki pod mikroskopem. Była to praca wykonywana często w nocy, pomimo dużego zmęczenia. Oprócz tego bardzo kochała czytać książki, kochała przyrodę i jeśli tylko mogła, to spędzała czas aktywnie – chodziła po górach, pływała kajakiem. Znana jest historia z hipopotamem i św. Rafałem. Pani Doktor pływała po jeziorze Wiktorii i nagle zobaczyła otwartą paszczę agresywnego hipopotama nad końcem kajaku. Spontanicznie wykrzyknęła słowa „Św. Rafale, ratuj! Ja będę wiosłować!”. I rozstała się z hipopotamem w pokoju – tak opowiadała.

A jak wyglądało życie dr Wandy Błeńskiej po powrocie do Polski?

Było bardzo intensywne. Kiedy przyjechała po misjach do Polski, miała 82 lata. Pomimo wieku, była bardzo aktywna. Rozpoczęła pomoc w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie. Razem z dr Barbarą Skoryną jeździły tam i przygotowywały przyszłych misjonarzy na wyjazdy misyjne. Pani Wanda miała, poza tym, bardzo dużo prelekcji na temat trądu i na temat swojego doświadczenia życia w Ugandzie. Bardzo często były to spotkania z dziećmi, młodzieżą. Stałym punktem dnia była Eucharystia. Wspominała nam, że stamtąd czerpała siłę do pracy – czy to wtedy, gdy była w Ugandzie, czy też po powrocie do Polski. Bardzo często widziałam ją na Mszy świętej u ojców dominikanów o godz. 12:00. Jak już nie miała siły jeździć tramwajem, w ostatnim roku życia, to czasami ktoś oferował podwiezienie samochodem. Gdy przychodziłyśmy do Pani Doktor z Asią, widziałyśmy, że ma zupełnie zapełniony kalendarz. Ona miała 100 lat, a prawie codziennie miała spotkanie z kimś u siebie w domu lub poza domem! To były często środowiska, które nie mają zbyt dużego związku z jej działalnością. Pamiętam, że kiedyś przybiegli do niej kibice Lecha i zapytali czy przyjęłaby zaproszenie na spotkanie z nimi. Powiedziała, że tak, oczywiście. Gdy zostałyśmy same, zapytałam ją, czy pójdzie. Potwierdziła ponownie, że pójdzie, oczywiście, że pójdzie! O to właśnie chodzi – o tę otwartość. Każdy mógł przyjść i każdy mógł spotkać się z Panią Doktor.

Dwie wojny światowe i praca z trędowatymi w Ugandzie to dużo cierpienia. Czy pani dr Wanda Błeńska mówiła o nim, pokazywała je? Czy w jej postawie były jakieś przejawy żalu, pretensji, niezrozumienia?

Na tym właśnie polega jej świętość, że choć miała bardzo trudne życie, nigdy nie pokazała nam, że to co się działo, było tak trudne. Nie narzekała, nie okazywała zniechęcenia. Nigdy nie skupiała się na sobie i na tym, co było przykre. Zawsze mówiła, że pamięta to, co dobre. Ktoś może powiedzieć: psychologiczny mechanizm wyparcia. Nie wiem czy można wyprzeć z pamięci obraz wojen i cierpienia ludzi w Afryce. Myślę, że to jest taki Boży sposób życia – nie roztrząsać tego, co trudne, żeby dać miejsce na nadzieję. Pani Doktor nosiła w sobie wdzięczność i radość z małych rzeczy. Cieszyła się ze spraw, do których normalnie człowiek nawet się nie uśmiechnie. A ona za nie dziękowała! Czasem trudno jest mi zapomnieć o czymś, co było nie po mojej myśli. A przecież każdy dzień jest nową szansą. To ogromna sztuka, żeby tak żyć. Tego się cały czas uczę, właśnie od Pani Doktor.

Czy wiadomo z jakich powodów wróciła na stałe do Poznania?

Nie wiem czy można powiedzieć, że na emeryturę, bo byłaby to bardzo aktywna emerytura. Faktycznie po 43 latach wśród trędowatych, wróciła tutaj na stałe. Miała możliwość powrotu do Polski kilkakrotnie. Była na dłuższych urlopach. Mówiła, że lubiła się wtedy spotykać ze znajomymi, z przyjaciółmi ze swojej paczki. Ale o to dlaczego tak ostatecznie wróciła do Polski, trzeba byłoby zapytać samą Panią Doktor. Natomiast pewne jest, że przygotowywała na taki moment siebie i nie tylko siebie. Szkoliła swoich następców. Wyjechała z Ugandy dopiero wtedy, gdy jej student Ugandyjczyk- dr Józef Kawuma, przejmował szpital i obowiązki. Myślę, że była spokojna mając świadomość, że chorzy nie zostaną sami.

Gdybyśmy zapytały panią dr Wandę Błeńską o to czym jest kobiecość, jak myślisz, co by odpowiedziała?

Nie wiem, co by powiedziała. Mogę opowiedzieć o tym, jak ja poznałam ją jako kobietę. Pani Doktor była piękną kobietą, w swoim powołaniu do kobiecości spełniła się w 100%. Mimo sędziwego wieku, była osobą zawsze bardzo zadbaną. Lubiła ładnie wyglądać, mieć ładnie uczesane włosy, często miała na sobie sukienki, koraliki. To był zewnętrzny wyraz tego, co było w niej w środku. Miała grację. Myślę, że to zostało zauważone wśród Poznaniaków w Plebiscycie na “Poznaniankę Stulecia”. Poznaniacy docenili ten aspekt kobiecości w dr Wandzie Błeńskiej. Była osobą bardzo pogodną – to też powinno cechować piękną kobietę. Mimo wielu zmarszczek na twarzy, jej twarz przyciągała innych jak magnes, była młoda. Pani Doktor miała w sobie delikatność, dużo mądrości i ogromną dobroć. Miała tak wiele otwartości na drugiego człowieka, że jeśli mówimy o kobiecości również w wymiarze macierzyństwa, to właśnie ta troska o drugą osobę – potrzebującą, skrzywdzoną – będzie dla mnie tym wymiarem zrealizowanego macierzyństwa. Kiedyś pokazała nam jedno zdjęcie, nazywane ulubionym. Przytulała na nim osobę trędowatą. Było widać więź na tych dwóch twarzach. To jest właśnie nić, która pokazuje miłość. Miłość płynęła z Pani Doktor jak rzeka. To nie była miłość na pokaz, jakiś medal, na wywiad, czy zdjęcie do gazety. Wręcz przeciwnie. To była taka miłość, która płynęła w cichości, skromności – gdy nikt nie podziwiał. Miłość przy dużym zmęczeniu, w innym środowisku i klimacie, wśród ropiejących ran trędowatych, z których wydobywał się prawdziwy odór. I to jest ten rys świętości dr Wandy Błeńskiej. Jej bezwarunkowej miłości. Nie chodzi oczywiście o to, żeby teraz stawiać kogoś na ołtarzu, ale żeby pokazać, że współczesny świat promuje raczej inne drogi. Na pierwszych stronach gazet są osoby zamieszane w skandale czy „świecące” wielkimi tytułami. A Pani Doktor zdobywała taką popularność zupełnie inną drogą, ewangeliczną. Po prostu autentycznością, prawdą. Myślę, że to jest coś dzisiaj bardzo, bardzo niepopularnego, a przecież tak pięknego.

Skoro jednak wspomniałaś o ołtarzu – czy i kiedy możemy spodziewać się procesu beatyfikacyjnego?

Pani Doktor zmarła w listopadzie 2014 roku, więc dopiero za niecały rok minie 5 lat od śmierci. To będzie moment, kiedy można oficjalnie starać się o uznanie kogoś za błogosławionego, potem świętego. Natomiast już miesiąc po śmierci ks. Szymon Stułkowski, opiekun wspomnianego wcześniej AKMu, zaprosił wszystkich na cmentarz, aby przy grobie dr Wandy pomodlić się na różańcu za misję. To jest już tradycja, bardzo piękna. Zawsze 27. dnia miesiąca w kościele Chrystusa Dobrego Pasterza na poznańskiej Nowinie odprawiana jest o godz.18:00 Eucharystia, po niej modlitwa przy grobie. Poza tym Poznań żyje pamięcią o Pani Doktor. Są szkoły jej imienia, drużyna harcerska, oddział szpitalny, czy od niedawna rondo. Ufamy, że w przyszłości powstanie Izba Pamięci. Są filmy poznańskich reżyserów – Ryszarda Piaska, czy ostatni, wzruszający, Wandy Różyckiej-Zborowskiej “Ikona życia misyjnego”, pokazujący ostatnie lata życia Pani Doktor. Ks. Jarosław Czyżewski zbiera świadectwa. Każdy, kto ją poznał, może przesłać swoje świadectwo do poznańskiej kurii. Może opowiedzieć, dlaczego jego zdaniem dr Wanda Błeńska była wyjątkowa.

Gdybyś miała podsumować wpływ Pani dr Wandy Błeńskiej na Twoje jednostkowe życie, to…?

Im jestem starsza, tym więcej rozumiem z tego, co działo się w kontakcie z Panią Doktor. W czasie naszych spotkań było to tak naturalne i bezpośrednie, że często nie zauważałam głębi zwykłych gestów. Dopiero dzisiaj widzę z kim miałam do czynienia. Skromnością zakrywała swoją wielkość. A może tą wielkością, była właśnie ta zdrowa skromność… Myślę, że podobnie, jak u Jana Pawła II. Przed śmiercią nie chował choroby przed kamerą, pokazywał się takim jakim był, schorowany, z drżącymi rękami. To ważne, żeby nie  zastanawiać się co inni pomyślą, stanąć w prawdzie i docenić wartość życia – ono jest darowane i jednocześnie tak kruche. Spotkania z Panią Doktor odbieram jako piękny i niezasłużony dar. Jestem jej szalenie wdzięczna za naukę pięknego życia. Ufnego w Bożą miłość, w Boże plany.

Poza wywiadem wspominałaś, że planujecie poszerzenie książki. Kiedy pojawi się nowe wydanie?

Chciałybyśmy, żeby książka pojawiła się przed wakacjami. Będzie rzeczywiście poszerzona, dołączymy trochę ciekawych materiałów, też archiwalnych. Pierwsze wydanie było z okazji 100. rocznicy chrztu, a potem przez kolejne 3 lata jeszcze wiele się wydarzyło. Chcemy, żeby był to taki pełniejszy obraz Pani Doktor – naszej Poznańskiej Matki Trędowatych – Poznanianki Stulecia.

***

Na zdjęciu Marta Jelonek w Medjugorie,
wykonał Jacek Jelonek,

udostępniono z prywatnego albumu.

Marta Jelonek (ur.1987) – szczęśliwa żona, pedagog specjalny – pracuje w przedszkolu z dziećmi z niepełnosprawnościami. Kocha przyrodę, obserwowanie ptaków, wędrówki po górach. Od 2008 r. związana z AKM im. dr Wandy Błeńskiej oraz misyjnym żywym różańcem. Uczestniczka doświadczeń misyjnych w Jerozolimie (w 2010 oraz 2011 r). Zaangażowana z mężem w działalność Zespołu Ewangelizacyjnego SYJON oraz w inicjatywę na rzecz pokoju: all4peace.info.

________________________________________________

Zdjęcie z archiwum dr Wandy Błeńskiej

ORDERY I ODZNACZENIA

● „Benemerenti” Jana Pawła II

● Doktorat Honoris Causa Akademii Medycznej w Poznaniu

● Dyplom Piusa XI za działalność misyjną w Poznaniu

● Honorowe Obywatelstwo Poznania

● Honorowe Obywatelstwo Ugandy

● Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski

● Krzyż Wielki Orderu Odznaczenia Polski

● Order Ecce Homo

● Order Świętego Sylwestra

● Order Uśmiechu

● „Pro Ecclesia et Pontifice” Jana XXIII