Zawód: stomatolog – rozmowa z panią Martyną Kin

Zawód: stomatolog – rozmowa z panią Martyną Kin

Pani Martyna Kin pracuje w gabinecie Extra-dent przy Osiedlu Tysiąclecia. Jak wygląda wizyta u stomatologa z perspektywy stomatologa? Dlaczego dzieci są specyficzną grupą pacjentów i jakie cechy powinien mieć dobry dentysta?

***

Na początek podstawowe pytanie: Dlaczego została Pani stomatologiem?

To nie było tak, że od zawsze o tym marzyłam. Ale często chodziłam do stomatologów, zawsze interesowałam się tym co dzieje się po drugiej stronie. Jako dziecko nie miałam złych doświadczeń z dentystami. Poza tym w liceum byłam w klasie biologiczno-chemicznej. Rodzice chcieli, żebym była farmaceutką, ale to wydaje mi się nudne – choć przyznaję, że byłam na farmacji przez 2 dni. Myślałam też o fizjoterapii, ale jak już się dostałam na stomatologię, to poszło…

Miała Pani jakieś wątpliwości po drodze? Może jednak farmacja?

Nie, farmacja to był bardzo zły pomysł. W życiu bym się w tym nie sprawdziła. Bardziej żałowałam fizjoterapii, pewnie dlatego, że studia stomatologiczne były dość ciężkie. Na AWFie byłoby łatwiej. Czasami mi się nie chciało uczyć, traciłam motywację, ale nigdy nie żałowałam tego wyboru w trakcie studiów. Nigdy nie było tak, że powiedziałam „to nie dla mnie”. Nawet po pierwszym roku studiów byłam bardzo zafascynowana anatomią. Byłam na praktykach w szpitalu, na chirurgii twarzowo-szczękowej, gdzie widziałam trudne i ciężkie przypadki. Pamiętam jak mówiłam mamie, że będę chirurgiem. Teraz wiem, że nie.

Sam przebieg studiów wspomina Pani dobrze?

Poza dużą ilością nauki, tego, że właściwie musiałam dużo czasu i energii poświęcić, poza stresem, nie chodzeniem za bardzo na imprezy, wspominam bardzo dobrze.

Czy oprócz zajęć przygotowujących do leczenia pacjentów, całej wiedzy stomatologicznej i technicznej, były jakieś przedmioty poświęcone nawiązywaniu relacji?

Na trzecim roku zaczęliśmy tak zwane zajęcia praktyczne kliniczne, które nazywały się stomatologią zachowawczą. Byliśmy podzieleni na pary i każda para miała swojego pacjenta. Wtedy właśnie zaczynaliśmy pracę stricte z pacjentem. Pacjenci oczywiście wiedzieli, że przychodzą do studentów, że leczenie będzie trochę dłużej trwało, ale płacili też zdecydowanie mniej pieniędzy. Zresztą na stomatologii zachowawczej, czyli tam gdzie robimy te „dziury” – wiercimy i tak dalej, to byli w dużej mierze nasi znajomi i rodzina, która zachęcona opowieściami, przychodziła. Byli też studenci innych kierunków i zwykli pacjenci. Ale takich zajęć poświęconych czysto podejściu do pacjenta, brakowało. Tego trzeba się nauczyć samemu. Prowadzący mówili jak coś zrobić, dlaczego wykorzystujemy takie a nie inne narzędzia, jednak podejście do pacjenta każdy tak naprawdę sam musiał sobie wypracować. Trochę pomocy było na stomatologii dziecięcej. Były tam dzieci współpracujące i nie współpracujące. Panie opowiadały bajeczki o robaczkach, które gubią kaloszki, co wykorzystuję teraz w pracy. Wtedy się z tego śmiałam. Na tej stomatologii dziecięcej mieliśmy też raz spotkanie z panią psycholog, która trochę przybliżyła nam psychikę dzieci w różnym wieku. Mówiła jakie podejście może być pomocne, ale to było tylko jedno spotkanie.

Opowie Pani bajeczkę o robaczkach?

Dziura w ząbku robi się dlatego, że mieszkają tam robaczki. Jak nie myjemy ząbków i jemy dużo słodyczy to robaczki budują tam domek i jest w nim cała rodzinka. Te robaczki muszę wygonić, bo to są robaczki-próchniaczki. Nie używam przy dziecku słowa „wiertło”, więc mówię, że czyszczę ząbek taką specjalną elektryczną szczoteczką. No i wyganiamy. Jeden robaczek ucieka, drugi robaczek ucieka – jak dziecko wypluwa ślinę, to mówimy „ooo, jest robaczek”, a gdy wygonimy wszystkie robaczki, a warto byłoby jeszcze trochę poczyścić, to opowiadam, że gubią buciki i trzeba te buciki też wygonić. Dużo zależy od dziecka. Do 7-latka tak nie powiem, ale jeśli jest to 4-latek, to można opowiedzieć taką historyjkę. Robaczek może mieć na przykład gruby brzuszek i trzeba więcej poczyścić. Często wykorzystuję jeszcze metodę liczenia do trzech lub pięciu – potem robimy przerwę. Dziecko może też podnieść rękę, jeśli robaczek „uszczypnie w ząbek”, wtedy również robimy przerwę i wypluwamy złośliwego robaczka.

Czy dzieci też mogły być pacjentami studentów?

Tak, oczywiście. Nawet lepiej – na Uniwersytecie Medycznym jest dużo obcokrajowców, więc dzieci przychodzą też do studentów różnych narodowości, którzy praktycznie nie mówią po polsku. Ciężko mają ci studenci. Ale jeśli chodzi o pacjentów, to wszyscy wiedzą, że są przez nich przyjmowani. Bardzo mało mieliśmy pacjentów na chirurgii, bo tam ludzie rzadko zgadzali się, żeby jakiś student usuwał im na przykład zęba mądrości. Pamiętam, że wtedy bardzo pomocny okazał się pan, który opiekował się bezdomnymi w jakimś instytucie, przyprowadzał swoich podopiecznych. Płaciliśmy za nich około 30 złotych i usuwaliśmy zęby. Obie strony były bardzo zadowolone.

Bezdomni byli pewnie szczególnie zadowoleni i wdzięczni…

Tak, bardzo. Niestety był jeden jedyny problem, że w większości nie znali swoich ogólnych chorób. Więc zdarzały się komplikacje, gdy biedny student pracował przy zębie.

Pamięta Pani pierwszego pacjenta po studiach?

Pierwszego po studiach nie pamiętam, ale pierwszego na studiach to pamiętam. Robiłam ubytek u koleżanki mojej koleżanki. Była to najmniejsza dziura na świecie i robiłam ją dwie godziny. Mniej więcej wyglądało to tak: „psik, psik”, „Czy mogłaby Pani Doktor spojrzeć czy to już?”, „Nie, jeszcze nie”, „psik, psik”, „Pani Doktor, czy to już?”, „Nie, jeszcze tu, jeszcze tam”, „psik, psik”, „Pani Doktor, czy teraz…” – i tak przez dwie godziny. Pacjentka była bardzo cierpliwa. Nie wiem czy ta plomba nadal jest z nią, ale cieszyła się, że może nam pomóc. Ręce mi się strasznie trzęsły i tak naprawdę nie wiedziałam co robię.

To co robiła Pani wtedy przez 2 godziny, dzisiaj zajęłoby…?

10 minut. No może 20 minut ze znieczuleniem.

Jak ma się Pani studenckie wyobrażenie na temat rzeczywistości pracy stomatologa do tego co jest dzisiaj?

Myślałam, że będzie trochę łatwiej. Że to nie jest taka fizyczna praca- a jest. Myślałam, że ta praca nie będzie wymagać ode mnie aż tyle ile wymaga. Chodzi głównie o zmęczenie. Nikt nie mówił, że będę zmęczona – że będą mnie boleć plecy, ręce, oczy. Jak się przyjmowało na studiach jednego pacjenta, to nie można się zmęczyć. Teraz mój rekord to 18 pacjentów w ciągu 6 godzin. Dzieci, dorośli, przeróżne sprawy. Zaraz po studiach miałam takie przeświadczenie, że ludzie nie doceniają tego zawodu. Myślą, że przychodzą na chwilę, a my zarabiamy kokosy. Coś tam powiercę w zębie i o, 100 złotych do kieszeni. To wcale tak nie wygląda. Musiałam się dużo uczyć, żeby zdobyć ten dyplom. Musiałam przyjąć setki pacjentów, żeby to co robię trwało rzeczywiście 10, a nie 45 minut. Ból, zmęczenie, asysta, sprzęt – to wszystko wymaga wkładu, także pieniędzy.

Skąd takie przekonanie o niedocenianiu stomatologów? Czy pacjenci jakoś to komentowali?

Znajomi, rodzina, pacjenci. Wiadomo co się mówi o tym zawodzie i o lekarzach. I te stereotypy mnie bolały.

Może Pani streścić swoją drogę zawodową od momentu skończenia studiów do aktualnej pracy w gabinecie „Extra-Dent”?

Ciężka droga. Po skończeniu wszystkich egzaminów, obowiązuje roczny staż. Mnie zależało na tym, żeby dostać się w Poznaniu, do miejsca gdzie można coś zrobić, a nie tylko oglądać. Dlatego m.in. chciałam, żeby był kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia, bo tych pacjentów jest wtedy zdecydowanie więcej. Każdą część stomatologii musimy w jakiś sposób przejść – chirurgię, protetykę, stomatologię zachowawczą, ortodoncję. Potem właściwie zostaje się z odrobionym stażem i…co dalej? No dalej wszyscy zaczynają szukać pracy. Rynek jest dosyć przepełniony. Na początku pracowałam w Grodzisku Wielkopolskim, dojeżdżałam do pracy ponad godzinę i miałam bardzo mało pacjentów. Ledwo starczyło na zapłacenie ZUSu i tego typu rzeczy. Potem zaczęłam nabierać doświadczenia, wiedziałam do jakiego gabinetu uderzać, a do jakiego nie. Więc znowu zaczęłam pracować na NFZ, ale na wsi. To także wiązało się z ponad godzinnym dojazdem do pracy. Przez kilka lat to jest notoryczne szukanie ofert pracy, zmienianie gabinetów, uczenie się wymagań i zobaczenie w czym tak naprawdę jest się dobrym. Mało jest takich osób, które zaraz po studiach zaczęły pracę w jednym miejscu i dalej tam są. Znam może jedną, dwie takie osoby. W każdym razie jak już popracowałam na ten Narodowy Fundusz Zdrowia, to sobie myślałam „a może popracowałabym prywatnie?” I od 5 lat pracuję w Extra-Dent. Konkurencja jest duża, więc trzeba coś zaoferować. Gdy się pracuje na NFZ, to robi się w międzyczasie różne szkolenia i kursy. Na rozmowie o pracy można powiedzieć, że chirurgia to nie, ale na przykład przyjmuję dzieci – co jest dosyć nieczęste.

Dlaczego?

Są nawet dentyści, którzy w ogóle nie przyjmują dzieci, z zasady. To są pacjenci trudni,  specyficzni, wymagający energii. Nawet jeśli dziecko współpracuje, to trzeba mieć do niego podejście. Nie każde dziecko na hasło swojej mamy „otwórz buzię” otworzy buzię i jest fajnie. Czasami trzeba stawać na rzęsach, żeby przekonać na przykład tą bajeczką, która leci w poczekalni, tym, że gabinet jest kolorowy, tym, że można opowiedzieć historyjkę, swoim uśmiechem, cierpliwością albo tym, że po prostu nie boli. Nie każdemu stomatologowi się chce.

Myślałam, że dzieci to najlepsi pacjenci.

Na pewno najbardziej wdzięczni. I najbardziej szczerzy. Dzieci nie kłamią, mówią co myślą. Jak im się nie podoba to mówią „nie”, płaczą. Ale mam też takich pacjentów, którzy mówią „ja do innej pani doktor nie pójdę”. I wtedy pojawia się satysfakcja, uśmiech od ucha, „tak, jestem dobra”.

Jaki był najdziwniejszy przypadek w czasie Pani pracy?

Dla każdego coś innego jest dziwne. Ludzie też są różni, sam przypadek nie musi być technicznie trudny czy niezwykły. Wszystko zależy od doświadczenia, naszej wiedzy, kreatywności. Natomiast emocje jakie przekazuje nam pacjent werbalnie lub niewerbalnie, a także oczekiwania mogą sprawiać kłopot. Dlatego tak ważne jest dobre podejście. Pacjenci przychodzą z różnymi problemami. Na przykład z przyklejonymi plombami na gumę do żucia i tylko „proszę nie dotykać, bo wypadnie”. Wymiotujące dzieci nie robią już na mnie wrażenia, ale pamiętam pierwsze dziecko, które zwymiotowało mi prosto na rękę. Pamiętam, że jadło naleśniki z jabłkami.

Jaka była Pani reakcja?

Zamarłam. Pamiętam, że tata tego dziecka był zdenerwowany, bo przecież byli przed wizytą na jedzeniu, to teraz będą musieli iść drugi raz. Dużo dzieci wymiotuje z nerwów i wykorzystuje to. Dzieci są inteligentne, potrafią grać na emocjach. Moich niekoniecznie, ale rodziców tak. Umieją wymiotować na zawołanie, bo nie chcą, żeby ktoś im coś robił w buzi. Wiedzą, że przez chwilę będzie bolało, ale jak zwymiotują, to mama odpuści.

Dzieci sygnalizują, że będą wymiotować?

Nie, nie sygnalizują, że będą wymiotować czy puszczać bąki. Po prostu to robią.

Śmieje się Pani wtedy?

Na szczęście mam maseczkę, więc śmieję się pod maseczką. Dużo zależy od reakcji pacjenta. Bo jeśli on się z tego śmieje, to też się pośmieję. Jeśli natomiast widzę, że jest czerwony i mu wstyd, to nie mówmy o tym, no zdarzyło się…

Skoro jesteśmy przy dzieciach – jak i kiedy przygotować dziecko do pierwszej wizyty u stomatologa? Co powinien zrobić mądry rodzic?

Na pewno pierwsza wizyta nie powinna odbyć się wtedy, kiedy już coś się dzieje z zębami, albo, o zgrozo, już boli. „Masz na pewno dziurę, dlatego idziemy zrobić tę dziurę” – to nie jest dobre. Dziecko już zawsze będzie kojarzyło wizytę u stomatologa z bólem, czymś nieprzyjemnym. Najważniejsze, żeby dziecko przyszło tak po prostu. Na tak zwaną wizytę adaptacyjną. Można opowiedzieć jakąś bajeczkę, pokazać sprzęt, wyjaśnić, że to jest do tego, a to do tamtego, policzyć ząbki, sprawdzić jak wygląda higiena, poinstruować rodzica. Takie wizyty są bardzo ważne. Oczywiście nie może być tak, że cała odpowiedzialność jest zrzucona na dentystów. Rola rodzica jest bardzo ważna, ich rozmowa z dzieckiem, przygotowanie. Warto puścić dziecku jakiś filmik albo bajkę – na przykład, że świnka Peppa idzie do dentysty. Są też zabawki, które imitują rzeczy stomatologów. Niektóre dzieci są bardzo ciekawe świata i dziecko cieszy się, że może posiedzieć na fotelu. Ale czasami wchodzi do gabinetu i już jest blokada. Nie można straszyć dziecka dentystą, a niestety bardzo często tak się dzieje. „Jak nie będziesz mył ząbków, to pójdziemy do dentysty i będzie cię bolało”. Więc gdy dziecko słyszy później „idziemy do dentysty” to odpala się światełko „będzie bolało”.

Czy pacjenci mdleją?

Tak. Jeśli pacjent jest u nas pierwszy raz, nie wiadomo czy dzieje się to z jakiegoś konkretnego powodu, na przykład w wyniku problemów z sercem, nadciśnieniem, hipoglikemii, leków czy jakiejś reakcji alergicznej. Ale większość omdleń jest jednak spowodowana stresem.

I są to głównie mężczyźni? Takie mam wyobrażenie.

Pół na pół. Choć fakt, mężczyźni boją się bardziej niż kobiety. Ale mdleją najczęściej młode dziewczyny albo młodzi panowie, nazwijmy ich „przed trzydziestką” – a nie wbrew pozorom osoby starsze.

Skąd ten strach?

To jest w głowie. To są pacjenci, którzy bardzo rzadko chodzą do stomatologów, dlatego, że na przykład zdarzyło im się zemdleć w gabinecie. Wstydzą się tego, jest to dla nich żenujące, więc unikają. A im bardziej unikają, tym bardziej się boją, bo nie wiedzą co ich czeka, boją się bólu, igły, braku kontroli, są nerwowi. Utrata przytomności najczęściej jest poprzedzona charakterystycznymi objawami tj. uczucie gorąca, zawroty głowy, bladość skóry, pot na czole. Wtedy należy przerwać zabieg, położyć pacjenta w odpowiedniej pozycji, zapewnić zimny okład, otworzyć okna i cały czas utrzymywać kontakt do momentu uspokojenia emocji.

Co jest w pracy stomatologa najtrudniejsze?

Wyczucie pacjenta. Można się nauczyć o materiałach, techniczno-manualnych sprawach, ale trudno jest się nauczyć pacjenta. To zajmuje najwięcej czasu. Wiedzieć u kogo można zażartować, a u kogo nie. U kogo coś można powiedzieć, a u kogo lepiej nie wspominać. Trudno jest też wyczuć czy pacjent ma do nas zaufanie. Dużo pacjentów jest bardzo zamkniętych w sobie, bo są przestraszeni. Najpierw muszę nawiązać jakiś kontakt czysto personalny, żeby dopiero później pacjent mógł mi zaufać. Jeśli nie ufa, to co z tego, że mamy pięknie zrobioną plombę, skoro ten pacjent do mnie nie wróci. Zdobywanie zaufania jest bardzo ważną częścią naszego zawodu.

Jak ważne są w pracy stomatologa asystentki stomatologiczne?

Bardzo ważne. Tak naprawdę asystentka nie odpowiada tylko za przygotowanie gabinetu do pracy. Ma duży wpływ na komfort pacjenta, który siedzi na fotelu, atmosferę w gabinecie, ułatwia pracę samemu dentyście. Najlepsza asysta to taka, która nie pyta się „ale co”, tylko wyciągasz rękę i ona już wie czego potrzebujesz. Mówię „podaj mi, no wiesz” i słyszę „wiem”. Albo nawet nie musisz mówić. Ona wie czego potrzebujesz w danym momencie. To jest fajne. Nie z każdym potrafimy nawiązać taką relację i tak naprawdę pacjent, który siedzi na fotelu nie zdaje sobie sprawy ile asysta robi kroków wokół niego i dookoła mnie, żebyśmy wszyscy byli zadowoleni.

Dużo ma Pani pacjentów?

Nie narzekam. Zawsze mogłoby ich być więcej, ale najbardziej cieszy mnie to, że wracają, że to nie są pacjenci jednorazowi. No i widzę, że w międzyczasie u nikogo nie byli. Najbardziej nie lubię pacjentów, którzy narzekają na swoich poprzednich stomatologów albo w ogóle na lekarzy. Skoro mówi coś o kimś, to na pewno powie o mnie, wyciągnie swoje wioski – tak myślę. Ja też staram się nie mówić o innych lekarzach, nawet jeśli zrobili kichę. Staram się mówić, że „no może tak wyszło”, a nie że ktoś tam zrobił po prostu gimelę.

Takich krytykujących pacjentów spotyka Pani często?

Tak. To jest też domena tego, że stomatologów jest dużo i że mamy Internet. Ludzie czytają w Internecie różne rzeczy, nieprawdziwe. Ktoś pisze o swoich odczuciach, a odbiorcy traktują to jako diagnozę.

Jaka jest rola uśmiechu u kobiety?

Nie jestem do końca obiektywna, bo bardzo często zwracam na to uwagę – z racji zawodu. Jak ktoś się dużo uśmiecha i nie boi się uśmiechać, to daje ludziom sygnał, że jest szczęśliwy, zadowolony, może przekazywać dobrą energię. Jeśli ktoś ma problemy z uśmiechem, to nawet jeżeli jest szczęśliwy – nie uwierzymy mu. Uśmiech jest więc u kobiety wizytówką tego czy jest szczęśliwa czy nie. Najczęściej mają z tym problem starsze panie albo osoby, które posiadają protezy te do przysłowiowej szklanki. Swoją drogą, nie powinniśmy ich trzymać w szklance, bo w wodzie i szklance jest najwięcej bakterii, tworzy się pleśń. Suche miejsce niedostępne dla dzieci i zwierząt – tak zawsze mówię pacjentom. Te panie z protezami mają problem, że „wszyscy będą widzieć, że to sztuczne”. Zawsze tłumaczę, że jeżeli pani będzie się dobrze czuć, to jest to najważniejsze. Jeżeli pani nie będzie zwracać na to uwagi, to nikt nie zwróci na to uwagi. To jest tak jak z pryszczem na czole – robimy wszystko, żeby tego pryszcza nie było widać i tym samym zwracamy na niego jeszcze większą uwagę.

Ocenia Pani ludzi po zębach?

Staram się nie oceniać, ale dużo widzę. Jadę tramwajem i widzę, że ta pani nie ma jedynki…

Ale ta pani to jakoś odsłania?

Niby nie, ale ja widzę. Jak sobie znajomy wybieli zęby, to też widzę. Jak zrobi koronę – widzę. Widzę, że te zęby są sztuczne, a te naturalne. Oglądam film i myślę „nie, ona nie ma swoich zębów, to nie jej”. W stomatologii estetycznej, którą bardzo lubię, działa się tak, by wszystko wyglądało jak najbardziej naturalnie. Są pewne czynniki, o których trzeba pamiętać, natomiast nie wszyscy ich przestrzegają. Wtedy wyglądają jak Krzysztof Ibisz, który… no nie – zęby nie pasują do niego. Ale uważam na przykład, że metamorfoza Agnieszki Chylińskiej jest całkiem udana, wypadła naturalnie i kobieco, zwłaszcza jak pomyśli się o jej zębach z lat 90-tych. Za to Nicolas Cage przesadził z kolorem – łazienkowa biel jest nienaturalna dla mężczyzny w tym wieku. Jak Piasek zmienił uśmiech, to też widziałam od razu. Jest to mniej więcej tak jak ktoś pracuje w meblach i mówi, że mogłoby być lepiej zszyte, albo jak ktoś pracuje w ciuchach, to zwraca uwagę na dobór kolorów. To jest silniejsze od nas.

Wiem, że jest Pani miłośniczką psów i kotów. Jak to możliwe? Zawsze wydawało mi, że większość ludzi dzieli się na miłośników psów lub kotów.

Trudno to wyjaśnić. Zawsze chciałam mieć psa i teraz mam psa. Nie wyobrażam sobie życia bez mojego psa, kocham go i wszystko wybaczam. Ale w domu rodzinnym zawsze miałam kota i był to też w jakiś sposób mój przyjaciel. Kocham psy i koty, każde za coś innego. Marzę o psie i kocie, którzy śpią na jednym posłaniu, bawiąc się razem…

Biorąc pod uwagę, że praca stomatologa jest stresująca, trudna i fizyczna, zapytam jeszcze o to jak Pani odpoczywa?

No chłonie się trochę ten stres od pacjentów. Staram się nie myśleć o pracy po pracy, co czasem jest trudne. Nie przynoszę pracy do domu, bo nie przynoszę do domu papierów i pacjentów. Ale przynoszę myśli. I analizuję co się wydarzyło. Zastanawiam się „o jejku, a jak ją boli, jak ją jeszcze boli?”. Najczęściej jednak robię coś co lubię, czyli na przykład wsiadam na rower i jadę.

Jeździ Pani w kasku?

Oczywiście i z całym osprzętowaniem. Lubię po pracy po prostu wziąć rower i pojechać przed siebie. Albo wziąć psa i iść na wybieg przed siebie do lasu lub nad Maltę. Myślę też, że powinnam też częściej chodzić na basen i zapisać się na jogę.

Czyli odpoczywa Pani aktywnie.

Raczej tak, chociaż bardzo odpręża mnie tez gotowanie – lubię gotować, lubię gotować zdrowo, lubię gotować ciekawie. Książki też czytam, chociaż zasypiam. Najbardziej lubię medyczne kryminały, czyli kryminały o medycznym podłożu – są takie. Jest taka autorka Tess Gerritsen, sama jest lekarzem i pisze książki. Albo Robin Cook. Lubię też książki o historii medycyny. Na moim regale jest też kilka książek o II wojnie światowej, trochę psychologicznych, trochę reportaży. Na szczęście nie ma żadnego serialu, w którym głównym bohaterem jest stomatolog – raczej lekarze, chirurdzy i tak dalej. Coś co nie do końca dotyczy mojej profesji, a wiem o czym mówią.

Zatrzymajmy się na książkach o II wojnie światowej. Skąd takie zainteresowanie?

Zawsze lubiłam słuchać o historii, a o II wojnie światowej wiem najmniej, dlatego to mnie interesuje. Więcej się na ten temat dowiedziałam z serialu „Czas Honoru” niż ze szkolnych lekcji historii. I to jest bardzo smutne. Mam w każdym razie książki o kobietach w trakcie Powstania, o żonach Żołnierzy Wyklętych, o Ewie Braun, o eksperymentach pseudomedycznych w obozach koncentracyjnych…

Słucha Panu muzyki?

Pacjenci często śmieją się, że podśpiewuję podczas zabiegów. Mnie to relaksuje. Myślę sobie, że jak lepię tę plombę pacjentowi, to może mu się trochę nudzi, więc czemu nie – pośpiewam. Czasem to jest silniejsze ode mnie, pewnie dlatego, że mam wykształcenie muzyczne. Muzyka była więc i jest dla mnie odskocznią.

Czy to znaczy, że skończyła Pani szkołę muzyczną?

Tak, całe swoje młode życie spędziłam w szkole muzycznej. Dlaczego nie muzyka zatem? Bo nie mam słuchu absolutnego, bo byłoby mi ciężko, bo zawsze traktowałam to jako odskocznię, a nie sposób na życie. Zawsze też byli lepsi, a ja wcale nie dążyłam do tego, żeby im dorównać. Pewne rzeczy można jednak wyćwiczyć, dlatego skończyłam szkołę muzyczną na dwóch instrumentach, na fortepianie i na saksofonie. Z perspektywy czasu widziałam, że ta szkoła przełożyła się na lepszą organizację czasu na studiach. Oprócz nauki, mogłam chodzić na angielski i robić inne rzeczy.

Maturzyści za chwilę będą wybierać kierunek studiów. Część z nich pewnie rozważa stomatologię. Komu odradziłaby Pani ten zawód?

Na pewno osobie, której ciężko nawiązać kontakt z drugim człowiekiem, jest w tym zawodzie trudno. Nie mówię, że takich stomatologów nie ma. Są i są świetnymi specjalistami. Ale jest im trudno. Może powiem lepiej jaki powinien być dobry stomatolog, będzie mi łatwiej. Powinien być więc empatyczny, ale nie za bardzo.

Nie za bardzo?

Czasem trzeba zrobić coś złego, żeby z tego wyszło coś dobrego. Trzeba rozumieć strach i obawy pacjentów, wiedzieć, że to może zaboleć, że może nie być komfortowe, ale to nie może przeszkodzić nam w działaniu, leczeniu. Osoba, która strasznie boi się sprawiać komuś ból, nigdy nie usunie zęba. Dobry stomatolog musi być też kreatywny. Musimy szybko reagować, żeby pacjent nie zorientował się, że coś jest nie tak albo czegoś brakuje w gabinecie. Nie powiem przecież, że tego nie ma, więc trzeba wymyślić coś innego, zastępczego. Na pewno łatwiej będzie też osobom, które mają jakieś zacięcie manualne – i to jest trzecia cecha. Osobie, która na przykład potrafi rysować, rzeźbić i ma jakieś poczucie estetyki będzie łatwiej niż komuś kto ma dwie lewe ręce. No i trzeba się dużo uczyć, trzeba to lubić, bo uczymy się całe życie. W stomatologii ciągle się coś zmienia, więc trzeba być na bieżąco. Trzeba też mieć siłę fizyczną, lubić ludzi, lubić pomagać ludziom i pamiętać, że mimo wszystko praca jest po to, żeby żyć, to nie życie jest dla pracy. Tak sobie kiedyś powiedziałam i tego się trzymam!

***

Na zdjęciu pani Martyna Kin,

udostępniono z extra-dent.pl

 

Martyna Kin – Pięć lat studiów, które ukończyła na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu w 2012 roku i pierwszy kontakt z pacjentami potwierdziły, że właśnie to chce robić na co dzień. Jako dziecko była częstym gościem w gabinecie stomatologicznym, dlatego borowanie i leczenie kanałowe nie są jej obce – zarówno z perspektywy pacjenta, jak i lekarza. Jest stomatologiem delikatnym, cierpliwym i empatycznym. Wolny czas poświęca pogłębianiu i doskonaleniu wiedzy z zakresu endodoncji, stomatologii estetycznej i protetyki. Prywatnie jest fanką kotów, psów i dobrego gotowania.

● Strona internetowa gabinetu stomatologicznego Extra-dent