Pięknie żyć – rozmowa z pielęgniarką Małgorzatą Zakrzewską

Pięknie żyć – rozmowa z pielęgniarką Małgorzatą Zakrzewską

Jestem przekonana, że na atmosferę szpitala i samopoczucie pacjentów wpływają przede wszystkim pielęgniarki. O pięknie, trudzie i pasji tego zawodu rozmawiałam z panią Małgorzatą Zakrzewską, pielęgniarką pracującą w Wielkopolskim Centrum Onkologii na Garbarach. 

 ***

Dlaczego została Pani pielęgniarką?

Nigdy nie myślałam ani nie planowałam ani nie marzyłam – nigdy przez moją głowę nie przeszła myśl, że będę pielęgniarką! Ale jednak w pewnym momencie zostałam nią, bo w życiu powinno się robić to, co się kocha. Patrzę na pielęgniarstwo jak na powołanie. Nie wiem czy to modne czy niemodne, ale dla mnie jest ważne, żeby to co robię, określało mnie całą, wypływało z mojego wnętrza.

Jak wyglądała Pani droga zawodowa do momentu pracy na onkologii?

Na onkologii pracuję od dwóch lat. Specjalizacja jaką wybrałam na początku to anestezjologia i praca na oddziale Intensywnej Opieki Medycznej. Przed wyborem nie myślałam o tego rodzaju pracy, dopiero w czasie praktyk, poznawania różnych oddziałów, wybrałam właśnie ten oddział- spodziewałam się, że nauczy mnie wszystkiego i nie zaskoczy mnie żadna trudna sytuacja. Na początku pracowałam w Wojewódzkim Szpitalu przy ul. Lutyckiej. Skończyłam specjalizację i potem przeszłam na Oddział Rehabilitacji Kardiologicznej, gdzie ponad 10 lat pracowałam jako zastępca pielęgniarki oddziałowej. Dalej zrobiłam sześcioletnią przerwę, żeby realizować powstanie przedszkola i szkoły „Horyzonty” w ramach projektu „Sternik” w Poznaniu. Po tym czasie wróciłam do pielęgniarstwa, właśnie na onkologię.

Onkologia była celem?

W pewnym momencie stała się marzeniem, wyzwaniem, podobnie jak na początku przy wyborze Intensywnej Opieki Medycznej. Dzisiaj brakuje pielęgniarek, na onkologii również to odczuwamy.

Możemy mówić o kryzysie pielęgniarstwa?

Tak, możemy tak mówić. Ile osób dzisiaj zaczyna, a ile kończy pielęgniarstwo? Albo wyjeżdżają poza Polskę z powodów finansowych albo zmieniają zawód. To problem systemu, trzeba by też odnowy szkół. Spotkałam się na przykład z tym, że na wydziałach pielęgniarstwa za granicą przeprowadza się warsztaty ze sposobów rozmawiania z chorymi – to przecież podstawa.

Jakimi wartościami kieruje się Pani w pracy?

Przede wszystkim ewangelicznym zdaniem „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, mnie uczyniliście”. Poza tym, staram się podchodzić do chorych tak jakbym sama chciała być traktowana.

Kiedy myślę o pracy na onkologii myślę przede wszystkim: trudne, bardzo trudne. Codzienne spotkania z cierpieniem. Jak sobie z tym radzić?

Podczas pracy na Intensywnej Opiece Medycznej równolegle studiowałam teologię. Wszystkie trudne sytuacje, z którymi spotykałam się na co dzień związane z ratowaniem i umieraniem człowieka, stawiały pytania, na które po ludzku trudno znaleźć odpowiedzi. Pracując na takim oddziale, trzeba mieć podstawy wiary. Pamiętam 8-godzinny dyżur nocny, gdzie mieliśmy jedno wolne łóżko i trzy przyjęcia. Przywieziono trzy osoby w ciężkim stanie, jedną po drugiej. Zgon, zgon, zgon. Nie udało się ich uratować. Po takim dyżurze wracasz do domu i co możesz pomyśleć? Trzeba stanąć twarzą w twarz z pytaniami o śmierć, sens życia. Dlatego, moim zdaniem, warto mieć zaplecze, mocny fundament wartości, na którym można się oprzeć. Odporność na stres jest też oczywiście potrzebna. Doświadczenia szpitala w nas zostają, niemożliwe, żeby być jak kamień, żeby cierpienie po nas spływało. Trzeba być mocnym, szczególnie podczas walki o życie człowieka. Ale trzeba też umieć to odreagować.

Bez wiary się nie da?

Da się, na pewno. Jednak uważam, że będzie to trudniejsze.

Mówi się, że pielęgniarki muszą być bardzo empatyczne. A może bardziej niż empatyczne po prostu silne psychicznie?

Upierałabym się przy empatii. Wraca to zdanie o traktowaniu innych. Trzeba spojrzeć na chorego tak: choroba często zjawia się nagle, pacjent jest zaskoczony, przeżywa ogromny stres. Przyjeżdża do szpitala, wiele się wokół niego dzieje, słyszy dużo poleceń. Język jakim się do niego zwracają, niekoniecznie jest mu bliski. Boi się zadać pytanie, poprosić o wyjaśnienie. Gdybym była po jego stronie, chciałabym mieć wszystko jasno wytłumaczone, chciałabym się czuć bezpiecznie. I to jest najważniejsze. Pacjent musi się czuć bezpiecznie. Trzeba myśleć: gdybym była na jego miejscu jak chciałabym być traktowana? To pytanie wystarczy, ono wyznacza kierunek działania.

Rozumiem, że czuje się Pani odpowiedzialna za pacjentów?

Tak, oczywiście, że tak. W momencie kiedy człowiek przychodzi do szpitala, czuję się za niego odpowiedzialna. Nie musi być z mojego oddziału, wystarczy, że spotkam kogoś na korytarzu. Pacjent pyta gdzie jest dany oddział, gdzie ma teraz iść – w tym wielkim szpitalu czuje się zagubiony. To jest moment, kiedy trzeba dać ciepło, uśmiechnąć się, wskazać drogę. Dobre potraktowanie stanowi też wizytówkę szpitala, ale to nie jest tak ważne jak naturalne pragnienie, żeby drugi człowiek poczuł się dobrze. Takie podejście daje radość.

Wśród pacjentów jest więcej kobiet czy mężczyzn?

Nie zwróciłam na to uwagi, nigdy nie patrzyłam pod tym kątem. Może mężczyzn jest więcej? Oddział ginekologii jest tylko dla kobiet, więc może jednak się wyrównuje i nie ma dużej rozbieżności płciowej.

Obserwuję, że słowo rak przeraża bardziej niż słowo śmierć, choć tylko to drugie dotyczy wszystkich. Moim zdaniem, panuje takie magiczne myślenie, że mówienie o raku, może raka wywołać albo pogorszyć stan pacjenta. Mam na myśli tak zwane wywoływanie wilka z lasu. W świecie zdrowych nie umiemy o tym rozmawiać. Jak rozmawia się o raku w szpitalu?

Pamiętam rozmowę z jedną panią po pewnym zabiegu. Powiedziała: „Niech mi pani wierzy, że ludzie jak się dowiadują, że mam raka, to boją się ze mną rozmawiać. Doszło do tego, że w szpitalu mam więcej znajomych do rozmowy niż w swoim środowisku.” Czasem myślę, że pacjenci wracają na onkologię jak do siebie. Łączy ich ta sama choroba. Widzisz panie w chustkach lub perukach – wiesz już, że są po chemii, straciły włosy. Nikt się temu nie dziwi, wszyscy są równi. Onkologia to naprawdę specyficzne miejsce. W innych szpitalach, jest inaczej. Są różne choroby, różne diagnozy. Tutaj wszyscy mają to samo.

Z jednej strony piękne, wspólnotowe, z drugiej może budzić przerażenie…

Z zewnątrz, z punktu widzenia zdrowych ludzi może to budzić przerażenie. Ale trzeba pamiętać, że każdy z nich stara się prowadzić równolegle normalne życie. Trzeba żyć, żyć pięknie! I wykorzystywać każdą chwilę, każdy dzień. Tak mówię pacjentom, ale i od nich się tego uczę.

Pięknie żyć – może zatytułuję tak wywiad?

Dobry pomysł, to jest naprawdę ważne! Pięknie żyć. Tu i teraz. Nie można wybiegać za daleko, bo nic nie wiemy o przyszłości. Mamy wpływ tylko na teraźniejszość. Nie możemy bezsensownie marnować czasu, nie warto kłócić się w rodzinach. W chwili, kiedy pacjenci słyszą, że mają raka, większość z nich mówi o przewartościowaniu swojego życia. Sprawy, które były ważne, nagle są nieistotne. Przychodzi sytuacja, kiedy trzeba walczyć o coś innego, ważniejszego. Ale nie warto czekać na ciężką diagnozę, żeby zacząć pięknie żyć i korzystać z czasu.

Zastanawiam się czy spotkała Pani pacjentkę albo pacjenta, który pytał z żalem „Proszę pani, dlaczego ja, dlaczego mnie się to przytrafiło?”

W 80% jestem z chorymi, którzy są u początku swojej choroby, gdzie dopiero stawia się diagnozę. Oni wierzą w wyzdrowienie i deklarują, że będą walczyć. Są pełni nadziei, optymizmu. Oczywiście spotykam też chorych na granicy, gdzie widzę wyniszczenie organizmu. W większości jest jednak wola walki. Każda choroba ma swoje odcinki czasowe. Im dłużej jesteś, tym bardziej się oswajasz. Pacjenci mówią o raku różnymi określeniami, np. „ten mój nieprzyjaciel, który mnie drąży”. Nie każdy oczywiście umie tak powiedzieć, zachowywać spokój. W każdym razie wiele można się od tych ludzi nauczyć. Bo jaka jest różnica między mną a danym pacjentem? Nie ma żadnej. Za chwilę ja mogę być w tej samej sytuacji.

Kiedyś tak nie myślałam, ale dziś jestem przekonana, że pielęgniarstwo to sama miłość i jeden z najpiękniejszych zawodów na świecie.

Służba zdrowia – mówimy. Nikt nie chce dziś służyć, to niepopularne, nie lubimy tego słowa. Prawda jest też taka, że ilość obowiązków, skomputeryzowanie wszystkiego, powoduje odhumanizowanie. Rozwój technologii ułatwia pracę, ale wraz z jej postępem, trzeba jeszcze bardziej dbać o zachowanie właściwych wartości. Trzeba je w sobie mieć i pielęgnować, zachowywać w każdym miejscu. Drugi człowiek jest najważniejszy. Spotykasz kogoś i nie analizujesz, działasz z serca. Widzisz, czy jest wystraszony, smutny, poszukujący, potrzebujący – i nie przechodzisz obojętnie. Swoją drogą, nie mam jakiegoś kompleksu wobec zawodu lekarza, bo niczego nie byłam w życiu tak pewna jak pielęgniarstwa. Najważniejsze, żeby dobrze wykorzystać swoją rolę. I pięknie żyć!

 ***
Na zdjęciu pani Małgorzata Zakrzewska,

udostępniono z prywatnego albumu

Małgorzata Zakrzewska – Pielęgniarka Wielkopolskiego Centrum Onkologicznego w Poznaniu. Absolwentka Teologii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Pochodzi z Gniezna. Kocha ludzi, właściwe wykorzystywanie czasu i życie z pasją.