Wokół musicalu Footloose – rozmowa z dr Przemysławem Kieliszewskim

Wokół musicalu Footloose – rozmowa z dr Przemysławem Kieliszewskim

W Teatrze Muzycznym trwają pokazy nowego musicalu Footloose (premiera 21.04.2018).Z tętniącego życiem Chicago przeprowadzamy się do małego, konserwatywnego miasteczka Bomont, w którym po tragedii kilku młodych osób, wprowadzono zakaz tańczenia. Chociaż zakaz obowiązywał przez wiele lat i wszyscy przyzwyczaili się do  sytuacji, nowy członek społeczności (Ren McCormak) buntuje się i podejmuje próbę zmiany myślenia wśród mieszkańców. O wartości przywództwa, relacji, ojcostwa i małżeństwa opowiada Dyrektor Teatru Muzycznego Przemysław Kieliszewski.

***

Patrzę na Bomont jak na miejsce nudy i rutyny. Footloose pokazuje, że do przełamania tego stanu potrzebny jest lider. Kim jest lider?

Kiedyś myślałem o liderze stereotypowo: silny, dominujący, autorytarny lider. Być może wyciągnąłem ten wzór z kultury organizacyjnej instytucji i firm, które obserwowałem. Dużą inspiracją stała się dla mnie jednak książka Jima Collinsa „Od dobrego do wielkiego”. Na podstawie badań autor przedstawia obraz lidera nie tyle wycofanego, ile skromnego, nie eksponującego siebie. Lider w tym ujęciu nie jest egotyczny ani egocentryczny. Jest bardzo zaangażowany w to co robi, ale na pierwszym miejscu stawia organizację i ludzi, nie siebie. Przypadł mi ten obraz do serca i staram się go wdrażać w swoim podejściu do zarządzania ludźmi.

Każdy może być liderem?

Myślę, że nie każdy, ale na pewno więcej osób niż nam się wydaje. Tego przywództwa człowiek się uczy. Są pewne predyspozycje, które człowiek ma od urodzenia i takie, które wykształca na różnych etapach rozwoju.

Więc z jakimi cechami wiąże się bycie liderem i czy jest to trudne?

Moim zdaniem, bardzo trudne. Po pierwsze, wiąże się z pojęciem odpowiedzialności. Za realizowanie celów i za ludzi włączonych w zespół. Ci ludzie mają często rodziny, mają swoje problemy życia. W przypadku artystów to jest dodatkowa wrażliwość. Bycie liderem wymaga zatroskania o to, by wrażliwość nie zdominowała relacji. Ważne, żeby została zauważona, doceniona, dowartościowana. Po drugie, bycie liderem wiąże się z pojęciem relacyjności. Chodzi o umiejętność budowania relacji, wchodzenia w relacje, brania odpowiedzialności za relacje i rozwój osób, którymi się przewodzi. Czasami lider musi być jak Mojżesz. Ludzie muszą zaufać, że to co się im oferuje, ma sens. Mojżeszowi zaufali – musiał mieć taki rodzaj osobowości, która była w stanie przekonać ludzi, że się nie zawiodą, że przejdą z nim przez morze. To jest szczególnie ważne w przywództwie, które dotyczy okresu kryzysu, zmiany. Miałem okazję tego doświadczyć zarówno w Teatrze Muzycznym jak i przy współzarządzaniu po kryzysie w Poznańskim Chórze Chłopięcym. Liderowi potrzebna jest więc umiejętność budowania zaufania w grupie.

Mówi Pan o liderze zarządzającym zespołem. A co z byciem liderem własnego życia? Matka Rena po opuszczeniu przez męża decyduje się na przeprowadzkę do Bomont. Myślę o tym wątku tak: Jest trudne doświadczenie, kryzys. Mogę się dzięki niemu rozwinąć i bardziej wsłuchać w siebie albo wycofać do życia, które da mi komfort, w którym inni będą decydować za mnie. Jak obudzić w sobie przywództwo?

Nie wiem czy stać mnie na referowanie jakiś sentencji czy mądrości życiowych. Jako dwudziestoparolatek myślałem, że bardzo dużo wiem o życiu. Dzisiaj jako czterdziestoparolatek wydaje mi się, że wiem coraz mniej albo ciągle za mało. Z własnego doświadczenia mogę natomiast powiedzieć, że źle jest nie iść w życiu za swoją pasją. Widzę to po ludziach, którzy tego nie zrobili. Karłowacieją i nie mogą się odnaleźć. Ja miałem taki moment w życiu, w którym w pewnym sensie nie poszedłem za głosem pasji. Poszedłem boczną drogą. Moim marzeniem było pójście na wydział wokalno-aktorski, miałem tam już zapewnione miejsce. Wówczas jednak nie byłem pewny czy sobie poradzę, czy będę wystarczająco dobry. Czułem niepokój, zastanawiałem się czy dobrze zrobię wybierając studia artystyczne. Pod wpływem mojego ojca poszedłem na prawo. Kiedy jednak zdecydowałem się na prawo, od razu założyłem agencję artystyczną. To mnie uratowało. Dałem sobie szansę do poznania pewnych narzędzi, ale równolegle prowadziłem działalność w obszarze swojej pasji, muzyki. Zamiast stać się wykonawcą, stałem się producentem. Czułem się spełniony, mimo tego, że nie przynosiło mi to na początku jakiś profitów. Studia były wtedy właściwie na drugim planie, choć na moment zamknąłem firmę, żeby skupić się i skończyć je z dobrym wynikiem, pojechać na stypendium.

Dokąd?

Do Getyngi, do której zresztą jadę za parę dni. Odwiedzę to miejsce po osiemnastu latach. Na stypendium pojechałem na ostatnim roku studiów. Zrobiłem tam dużą imprezę artystyczną. Z pasji oczywiście. Siedzieć w bibliotece i tylko studiować teoretycznie, przygotowywać magisterkę – to za mało. Jeżeli miałbym więc cokolwiek doradzać, to nie odpuszczajcie sobie pasji! Pytanie czy pasje w ogóle są? Czy się pojawiają? Trzeba to obudzić, trzeba to odkryć. Mnie muzyka towarzyszyła od dziesiątego roku życia. W liceum mieliśmy swój zespół i to był główny motor napędowy kolejnych działań. Teatr też pojawiał się już w wieku dziecięcym. Potem na studiach współreżyserowałem spektakl. Kiedy dziś to sobie uświadamiam, to widzę jak zbierałem różne doświadczenia. Teraz w Teatrze Muzycznym, wszystko się jakby domknęło. Miałem też wielkie szczęście spotkać w swoim życiu kilka osób, które mną dobrze pokierowały.

Powie Pan o nich coś więcej?

Jednym z ważniejszych ludzi był zakonnik dominikański, ojciec Maciej Zięba. Założył grupę dyskusyjną, był przewodnikiem duchowym i mentorem. Pomagał mi w momentach zwątpienia, kiedy zastanawiałem się czy te studia mają sens czy może lepiej byłoby szukać czegoś innego. Pomógł mi też wytrwać w doktoracie. Warto szukać takiej osoby, która inspiruje. Może to być oczywiście na płaszczyźnie przyjacielskiej. Od czasów studiów mam przyjaciela, z którym wspieramy się w codziennych i mniej codziennych decyzjach. Uczciwa relacja przyjacielska jest potrzebna.

Pracuje Pan w teatrze, który wyróżnia się młodym zespołem, ale także na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Co wnosi w Pana życie ta ciągła współpraca z młodymi ludźmi?

To przede wszystkim, że się nie starzeję. Fakt, że jestem na uczelni od szesnastu lat, to dla mnie niesamowita przygoda. Współpraca z młodymi ludźmi jest inspirująca, zmusza mnie do czytania książek, do nauki angielskiego, do bycia na bieżąco, do rozwijania się, przygotowywania kolejnych zajęć i sprawiania, żeby te zajęcia były ciekawe. Jak pewnie wiesz, moimi ulubionymi zajęciami jest wyjazd do Jezior. W tym urokliwym miejscu koło Puszczykowa nad jeziorem góreckim od piętnastu lat organizuję warsztaty. Wielką wartością jest dla mnie widzieć jak młody człowiek się odblokowuje. Ma na przykład dobre wystąpienie i dzięki temu coś się w nim uruchamia, zaczyna wierzyć w siebie, zostaje doceniony przez grupę. W Jeziorach robię zawsze konkurs, w którym studenci głosują na siebie w trzech kategoriach społecznych. Mam nadzieję, że te warsztaty pomagają im w nazywaniu swojej tożsamości społecznej. Jeśli chodzi o wiedzę, to mogę jej poświęcić jeden wykład, ale ta część praktyczna: możliwość przyprowadzenia studentów do teatru, dzielenie się doświadczeniem zarządzania, pomoc w ich rozwoju, wyjście do muzeum, obecność na konferencjach – to jest dla mnie najważniejsze. Nie ukrywam, że kilku absolwentów kulturoznawstwa, na którym wykładam, pracuje ze mną w teatrze. To są bardzo cenne relacje i świetni współpracownicy.

W musicalu Footloose Ariel ubiera czerwone buty, żeby wkurzyć ojca, zwrócić jego uwagę. Jest Pan ojcem czterech córek. Czego córki potrzebują dziś od ojców? Mówi się o kryzysie ojcostwa…

Bycie ojcem jest dla mężczyzny czymś czego mężczyzna cały czas się uczy. Być może kobieta też musi ciągle uczyć się bycia matką, ale wydaje mi się, że bycie matką jest bardziej naturalne. Bo dziecko wychodzi z matki. Do tej roli ojca trzeba natomiast podejść bardzo świadomie. Przeczytałem w jednej z książek Jacka Pulikowskiego, że najważniejszym zadaniem ojca wobec córki jest dozgonna miłość do matki i wierność. Chodzi o pewien wzór, który mężczyzna daje swoim córkom do obserwowania. Chociaż się buntujemy i nie jesteśmy zdeterminowani, to i tak powielamy swoje wzorce rodzinne. Możemy je korygować, ulepszać, ale dużo wynosimy z domu. Zadaniem dobrego ojca, którym bardzo chciałbym być, jest w każdym razie to, żeby kochać matkę swoich dzieci i być jej wiernym. To ważny sygnał dla dziecka. Ze spektaklu wiemy jaką boleść i ranę w życiu każdego człowieka wprowadza rozbita relacja między rodzicami. Tak jest na przykład u Rena – on pyta czy jest czemuś winien.

Ale jest też prawie dorosły, gdy ojciec go opuszcza. Nienawiść Rena i ból po stracie pokazuje, że zabrakło właściwej relacji na płaszczyźnie ojciec-syn.

Myślę, że bardzo trudne jest w życiu mężczyzny okazywanie uczuć i czułości. A jak ma się więcej niż jedno dziecko, to trudne jest też indywidualne traktowanie. Rozmawiałem kiedyś na ten temat z już nie żyjącym ojcem Karolem Meissnerem, bardzo zaprzyjaźnionym z naszą rodziną. Miałem tę przyjemność, zaszczyt i szczęście przyjaźnienia się z nim. Mój dziadek był jego nauczycielem przed wojną, też się z nim przyjaźnił. Ojciec Karol podkreślał potrzebę indywidualnego kontaktu z dziećmi. Mówił, żeby chociaż pięć minut dziennie poświęcić każdej z córek osobno. Powiem szczerze, że te pięć minut okazuje się czasami wielkim wyzwaniem. Zwłaszcza wtedy, kiedy człowiek jest zajęty wieczorem i wraca zmęczony do domu. Czasami po prostu trudno też znaleźć słowa do dobrej, czułej, okazującej zainteresowanie rozmowy. Wielką inspirację dała mi kiedyś moja serdeczna koleżanka, Magda Cicha. Jako dorosła osoba odważyła się na trudną rozmowę ze swoją siostrą. „Słuchaj, wydawało mi się, że ojciec mnie zawsze faworyzował” powiedziała. Ta siostra odpowiedziała zaskoczona: „Tak? A mnie się wydawało, że to mnie zawsze wyróżniał”. To jest niesamowita umiejętność tego, prawdopodobnie, wspaniałego ojca, że każda z tych dwóch córek czuła się dla niego najważniejsza. Myślę, że to wzór ojcostwa dany nam do naśladowania z góry. Jeżeli mówić o relacji duchowej, z Ojcem przez duże O, to wierzymy, że on każdego z nas traktuje bardzo indywidualnie. Naśladowanie tego typu miłości jest czymś oczywiście niedoścignionym, ale warto próbować.

Nie wzbudza to zazdrości, rywalizacji?

Powinno nie wzbudzać. Tłumaczymy: „Zosiu, teraz z Julką idę tam, będziemy robić to i to.” Warto nauczyć dzieci, że nie o to chodzi, żeby było równo i dla każdego tak samo, ale o to, żeby było indywidualnie i dla każdego w całości. Na pewno nie udaje nam się to w stu procentach, ale kierunek starań idzie w tę stronę.

Ma Pan rodzeństwo?

Tak, mam trzy siostry. Także mam same kobiety wokół siebie.

W Footloose jest taka scena, kiedy żona pastora wraz z matką Rena i innymi kobietami śpiewają przejmujący utwór „Uczę się milczenia”. Dzisiaj nie trzeba spierać się o to, że głos kobiet jest ważny i potrzebny. Co, Pana zdaniem, wnoszą kobiety do świata?

To niebezpieczne pytanie, łatwo można popaść w męski szowinizm. Jakbym powiedział „wnoszą piękno” to zostałoby to odebrane powierzchownie. Jako mężczyźni i kobiety mamy inną wrażliwość i dobrze, że tak jest. Pięknie się różnimy i ta różnica jest wartością. Nie chciałbym generalizować, łatwiej jest mi mówić o mojej relacji z żoną.

Nie miałabym śmiałości zapytać, ale…proszę mówić.

Moja żona jest w wielu kwestiach bardziej konkretna niż ja. Z dużym poczuciem humoru przyjmuję, kiedy Magda przebija mój nadęty balonik w różnych sprawach. Potrafi w inteligentny sposób obśmiać moje wyobrażenia na jakiś temat. Nasze małżeństwo budowaliśmy w opozycji do relacji jakie widziałem na przykład między moimi rodzicami. Wydaje mi się, że dobra relacja z moją żoną polega między innymi na tym, że Magda ma swoją pasję, zawodową realizację. Pamiętam sytuację, kiedy kopiując trochę wzór ojca zabieganego, ciągle zajętego i oczekującego, że tą osobą dającą rodzinie stabilność będzie żona, zadzwoniłem do Magdy i usłyszałem słowa: „Przepraszam kochanie, jestem teraz zajęta, zadzwonię do Ciebie później”. To było takie uderzenie obuchem w głowę. No bo przecież zawsze ja tak odpowiadałem, to ja byłem zajęty. Po tym krótkim komunikacie ucieszyłem się. Zrozumiałem, że moja żona też ma swoje zawodowe sprawy, że może nie odebrać telefonu, bo ma spotkanie. Trzeba mieć duże poszanowanie dla indywidualności i potrzeby kobiety do zaspokajania swojej aspiracji zawodowej.

Myślę, że możemy odebrać ciekawą lekcję zarówno z Pana strony jak i ze strony Pana żony. Jak widać, da się połączyć poświęcenie się rodzinie i poświęcenie się pracy.

Może to rzeczywiście ładnie brzmi, ale jest to przede wszystkim codzienny wysiłek. To nie jest sielanka, ale walka. I warto walczyć! Jak jest czas, że uda się usiąść w sobotę lub w niedzielę rano przy spokojnym, wspólnym śniadaniu lub przy obiedzie, to wtedy jest miło, ale na co dzień mamy rzeczywistość walki. Nie szarą oczywiście, bardzo kolorową, ale jednak walki.

Odnośnie walki, w spektaklu pojawia się i szybko znika wątek podbitego oka Ariel. Mam wrażenie, że nie zajmujemy się na scenie problemem przemocy. Dlaczego?

Myślę, że to jest poruszone.

Jest reakcja chłopaków, którzy chcą oddać cios.

Tak, ale Ariel mówi też o tym, że była głupia wchodząc w taką relację, coś jej imponowało w Chucku, ale zobaczyła w końcu, że to prostak. Wydaje mi się, że to jednak jest spuentowane w spektaklu. Chuck ostatecznie zostaje sam, stosując przemoc zostaje wyłączony z tej społeczności. On przegrywa, tak myślę. Dzisiaj w naszym społeczeństwie taka przemoc fizyczna pojawia się pewnie jako patologia, natomiast warto zwrócić uwagę na współczesną przemoc słowa. W wykładzie Nicka Vujicica usłyszałem o czterdziestolatkach albo pięćdziesięciolatkach, które ze strony ojca, męża lub chłopaka doświadczyły słów zostawiających rany na całe życie. Na co dzień za mało myślimy o tym jak słowa mogą ranić, jak stają się narzędziem przemocy. W Polsce mało mamy wzorców pielęgnowania dowartościowania i chwalenia. Uświadomił mi to mój kolega z Nowego Jorku, który zrobił karierę na Broadwayu. Kiedy jego utwór znalazł się w pewnym programie i został mocno wyróżniony, wszyscy w Stanach mówili: „Rewelacja, stary, gratulujemy!” Dostał maile z Polski, w której odbiór był już zupełnie inny: „No fajnie, tylko mogłeś to trochę jednak lepiej zrobić. Nie podobało mi się to i to.” Moglibyśmy więcej pracować nad językiem afirmacji. To powinien być nasz naturalny język.

W Bomont wydarzyła się tragedia, po której wprowadzono zakaz tańczenia. Jak pamiętać i co zrobić ze zranieniami, żeby nie doszło do absurdów?

To są bardzo trudne sprawy. Trzeba je przepracować. Ja miałem kiedyś problem, żeby rozmawiać normalnie ze swoim ojcem. Włączała się rywalizacja młodego samca ze starym. Z moimi córkami też nie jest mi łatwo rozmawiać o emocjach.

Może rozmowy o uczuciach trzeba oddać żonie, matce dzieci?

Nie chciałbym się z tego zwalniać. Zauważam, że moja najstarsza córka, która ma bardzo silny charakter, ma też pewne ambicje, chce coś udowodnić, pokazać nam albo mnie. Trudniej jest nam wtedy rozmawiać i czasami rzeczywiście proszę żonę, żeby znalazła klucz porozumienia. Takich rozmów nie da się przeprowadzić w pięć minut i warto stwarzać okazję – na przykład nie robić tego w domu. Dom jest zawsze miejscem, które nas schematyzuje. Śniadanie, wyjście do szkoły – wszystko często dzieje się w pośpiechu. To jest przestrzeń rutyny, dlatego wyjście na spacer, wyjście na obiad poza domem czy do jakiegokolwiek innego miejsca od razu daje nam zupełnie inną przestrzeń, która pomaga się otworzyć.

Podsumujmy – dla kogo Footloose?

We wstępie do programu napisałem, że Footloose jest dla ojca, który może przyjść z córką. Albo dla żony i męża. Albo dla nastolatków, którzy mogą zobaczyć swoje doświadczenie dorastania w jakimś uniwersalnym wymiarze. Zobaczyć, że to nie tylko ja cierpię w niektórych sprawach, ale to jest powtarzający się kulturowo schemat. Myślę też, że to jest spektakl o relacjach i o możliwościach odbudowania relacji. Zarówno między pokoleniami, jak i między małżonkami. Na przykład pastor i jego żona odzyskują siebie. Ich relacja dzięki trudnym przeżyciom ostatecznie odbudowuje się. To bardzo rodzinny musical.

***

Na zdjęciu dr Przemysław Kieliszewski.
Zdjęcie wraz z poniższymi informacjami udostępnił Teatr Muzyczny w Poznaniu.

 

Przemysław Kieliszewski – prawnik z wykształceniem muzycznym, doktor nauk humanistycznych, adiunkt w Instytucie Kulturoznawstwa im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Od 2013 roku dyrektor Teatru Muzycznego w Poznaniu. Laureat Nagrody Rady Fundacji Kultury Polskiej, Odznaki Honorowej „Za zasługi dla Województwa Wielkopolskiego” przyznawanej przez Marszałka Województwa Wielkopolskiego, Orderu Labor Omnia Vincit oraz Nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczpospolitej.